Coraz częściej słyszę pytanie: „Dlaczego pomagać dzieciom w Afryce, skoro u nas też są potrzebujący?”. To pytanie brzmi rozsądnie. Ale jeśli się nad nim głębiej zastanowić, odkryjemy, że kryje w sobie niebezpieczne założenie – że dobro ma granice. A ono ich nie ma.Pomaganie nie jest grą o sumie zerowej. To nie jest tak, że jeśli podasz rękę dziecku w Togo czy Tanzanii, to odbierzesz coś dziecku w Polsce. Serce człowieka nie działa jak budżet państwa. Ono się nie wyczerpuje przez dawanie – ono przez dawanie rośnie.
- Godność nie ma narodowości
Dziecko urodzone w Warszawie i dziecko urodzone w wiosce w Togo ma tę samą wartość. Tę samą godność. Te same marzenia – choć inne realia. Jedno idzie do szkoły z plecakiem pełnym książek. Drugie często idzie pieszo wiele kilometrów, czasem głodne, czasem bez zeszytu.
Czy fakt, że tego drugiego nie znamy z imienia, sprawia, że jego cierpienie jest mniej realne?
Brak osobistej relacji nie zwalnia z odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie – im większy dystans, tym większa próba naszego człowieczeństwa.
- Pomaganie „swoim” to za mało
Naturalne jest, że najpierw troszczymy się o bliskich. To zdrowe. Ale cywilizacja rozwija się wtedy, gdy krąg „swoich” zaczyna się poszerzać. Kiedy rozumiemy, że „mój” to nie tylko ktoś z mojego domu, miasta czy kraju.
Gdyby każdy naród zamknął się w sobie, świat byłby zbiorem samotnych wysp. Tymczasem żyjemy w epoce globalnych powiązań. Korzystamy z pracy ludzi z innych kontynentów. Używamy surowców wydobywanych w Afryce. Handlujemy, komunikujemy się, podróżujemy. Skoro świat jest wspólny w zyskach, powinien być wspólny także w odpowiedzialności.
- Niewidzialne cierpienie nadal jest cierpieniem
Najłatwiej pomagać temu, kogo widzimy. Sąsiadowi. Znajomej rodzinie. To piękne i potrzebne. Ale prawdziwa dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy potrafimy przejąć się losem kogoś, kogo nigdy nie spotkamy.
Dzieci w Afryce Subsaharyjskiej czy w Afryce wschodniej często zmagają się z brakiem dostępu do edukacji, opieki medycznej czy czystej wody. Dla wielu z nich kilka euro miesięcznie oznacza szkołę zamiast pracy ponad siły. Lek zamiast choroby, która odbiera dzieciństwo.
To, że ich twarze nie pojawiają się codziennie w naszych wiadomościach, nie znaczy, że ich dramaty przestały istnieć.
- Pomaganie zmienia nie tylko obdarowanych
Jest jeszcze jeden argument – często pomijany. Pomaganie ratuje nie tylko tych, którym pomagamy. Ono ratuje również nas.
Człowiek skoncentrowany wyłącznie na sobie staje się wewnętrznie uboższy. Traci wrażliwość. A społeczeństwo złożone z takich ludzi zaczyna się rozpadać.
Tymczasem każda decyzja o wsparciu – czy to dziecka w Polsce, czy dziecka w Afryce – buduje kulturę solidarności. Uczy nasze dzieci, że świat nie kończy się na granicy państwa. Że dobro jest większe niż mapa.
- To nie jest konkurencja – to komplementarność
Pomaganie w Afryce nie wyklucza pomagania w Polsce. Jedno i drugie jest potrzebne. To nie jest „albo–albo”. To jest „i–i”.
Możemy wspierać lokalną rodzinę w kryzysie i jednocześnie pomóc dziecku w Afryce pójść do szkoły. Możemy angażować się w działania parafii i jednocześnie wesprzeć projekt budowy studni czy centrum rehabilitacji.
Dobro nie zna ograniczeń logistycznych – zna tylko ograniczenia serca.
- Ostatni argument
Wyobraźmy sobie, że to my rodzimy się po drugiej stronie świata. Że to nasze dziecko przychodzi na świat w miejscu, gdzie nie ma dostępu do podstawowej opieki medycznej. Czy chcielibyśmy, żeby ktoś powiedział: „To nie moja sprawa”?
Pomaganie ludziom, których nie widzimy, jest testem naszej spójności moralnej. Jeśli wierzymy w równość ludzi, to musi ona obowiązywać także wtedy, gdy chodzi o tysiące kilometrów.
Apologia pomagania to w gruncie rzeczy obrona człowieczeństwa. Bo świat nie staje się lepszy przez deklaracje, ale przez konkret: zeszyt, szczepionkę, posiłek, szkołę, rehabilitację.
I nie ma znaczenia, czy to dzieje się w Polsce, czy w Afryce.
Znaczenie ma to, że ktoś dzięki temu żyje godniej. A to zawsze jest powód, by pomagać.
Zgadzasz się? UDOSTĘPNIJ I POMÓŻ NAM POMAGAĆ 

ks. Łukasz
