Pośrodku niczego
Afryka. Kilka lat wstecz Afryka była moim marzeniem, już takim dorosłym, nie tym dziecięcym i dalekim, już bardziej dosiężnym. Dzisiaj, Afryka stała się moim domem. Być może wydaje się to takie proste, ale kiedy o tym rozmyślam, to wspominam całą drogę, która zaprowadziła mnie tutaj: dziecięce marzenie o pomocy Afrykańskim dzieciom, wir szkolnego życia, zapomnienie o marzeniu, studia, szukanie siebie, dorosłe problemy i niezrozumienie, szukanie głębszej relacji z Bogiem i odnalezienie w Nim domu. Jestem niemalże przekonana, że to Pan Bóg przypomniał mi o Afryce, to właśnie On odrodził we mnie pragnienie życia, życia nie tylko dla siebie, a dla innych. Szukanie wspólnoty misjonarzy świeckich, poznawanie się, życie wspólnotowe, formacja i w końcu wymarzony wyjazd – brzmi jak sen, zresztą, czasem tak się czuję, jak we śnie. Po 11 miesiącach w Tanzanii cały ten proces, który przeszłam przed wyjazdem już nie wydaje się taki trudny, porównując z pracą tutaj. Większość rzeczy przestały wydawać się trudne patrząc na życie tutaj…

Czy żałuję tego wyjazdu? Czy pomyłką było jechać od razu na dwa lata? Czasem zastanawiam się nad tymi pytaniami, zwłaszcza w momentach kryzysu. Odpowiedź na pierwsze pytanie zawsze brzmi – nie, nie żałuję. Wierzę, że owoce tego wyjazdu już są i jeszcze będą, nawet jeśli czasem dopada frustracja i bezsilność w niektórych momentach, mając możliwość cofnąć się w czasie i wybrać ponownie, decyzja byłaby taka sama. Jeśli chodzi o pytanie dotyczące czasu pobytu na misji, to na początku wydawało mi się, że dwa lata tutaj to cała wieczność, a teraz mam wrażenie, że 11 miesięcy upłynęły jak 11 dni, zbyt szybko.
W ostatnich miesiącach cały mój świat to dzieci, bardzo ich dużo tutaj, każde inne, każde piękne po swojemu, każde wyjątkowe. Przyzwyczaiłam się że dzieci i ludzie nazywają mnie „mama”, tutaj to normalne, ale chyba też wczułam się w tę rolę. Znajomi i przyjaciele często pytają „co nowego? jak w pracy?”, ciężko odpowiedzieć na te pytania, bo niby nic się nie zmienia, a niby wszystko. Ktoś nowy przyszedł do przedszkola, ktoś wyjechał z rodzicami do rodziny i już nie wróci, u kogoś w rodzinie urodziło się dziecko, ktoś zachorował, u kogoś zawalił się dom… Codzienność tutaj jest zupełnie odmienna od tej którą znamy, czasem szokująca, ale tylko dla nas, bo jest to codzienność zbudowana pośrodku niczego.

Nigdy bym nie powiedziała, że kiedykolwiek będę pracować z dziećmi, do tej pory mówię, że nie nadaję się. Śmieszne, bo przecież kilka zdań wyżej napisałam, że dzieci są teraz całym moim światem, i tak jest. Odkrywam w tym moc działania Bożego, Jego odpowiedź na otwarte serce człowieka, Jego miłość i obfitość dawania. Być może było to dla mnie niezbędne – pokonać tysiące kilometrów na inny koniec Ziemi, żeby odnaleźć siebie, zostawić wszystko za sobą, żeby podążać za Jezusem i służyć innym, zrezygnować z wielu, żeby odnaleźć jeszcze więcej. Mogę z pewnością powiedzieć, że w Afryce czuję się bardzo dobrze, jest tutaj coś, co pozwala w końcu odetchnąć od wielu rzeczy, zaakceptować siebie i pozwolić sobie żyć w zgodzie ze światem.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że zaczęłam robić rzeczy, do których nigdy wcześniej bym nie podeszła, bałabym się, wątpiłam. Taki człowiek jest, wątpi, boi się, poniża samego siebie, a potem przychodzi Pan i podaje rękę. Nagle wszystko znika, zmienia się, pojawia się siła, nowe pomysły, umiejętności, których wcześniej nie było i świat zaczyna się zmieniać, ty zaczynasz go zmieniać wokół siebie. Bałam się, że moje zajęcia będą nudne, że dzieci mnie nie polubią, że nie będę miała pomysłów co robić, że nie poradzę sobie z językiem, a stało się wręcz odwrotnie – zajęcia są interesujące dla dzieci, chętnie uczą się nowego, cieszymy się ze wspólnego spędzania czasu, kochamy siebie nawzajem i tęsknimy kiedy nie widzimy się kilka dni; język okazał się być nie aż tak trudny, fajnie się go uczy razem z dziećmi. W Tanzanii „zgubiłam” swoją nieśmiałość, stałam się bardzo otwarta i chętna do rozmów, żartów, wspólnych zabaw, nowych wyzwań. Nauczyłam się jeździć na motorze, bo była taka potrzeba, nauczyłam się malować, robić bransoletki i różańce, wycinać i szyć, robić rzeczy z niczego, ale przede wszystkim, nauczyłam się akceptować siebie i innych. Da się żyć pośrodku niczego, da się żyć dobrze i szczęśliwie, wcale nie potrzeba do tego dużo.

Rozkwitamy kiedy kochamy, nie ma w tym niczego nieoczywistego, ale często o tym zapominamy. Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący (1 Kor 13,1). Rozdział mojego życia pod tytułem „Afryka” jest o poświęceniu, szukaniu Jezusa, kroczeniu Jego ścieżkami, ale też o ponownym odkrywaniu siebie, o porażkach i zwycięstwach i w końcu o kochaniu siebie i innych, bo jesteśmy tacy, jakimi nas stworzył Pan, a Jego stworzenia są najpiękniejsze na świecie, najbardziej ukochane i cenne, bo TAKI JEST PAN!
Wszystkich sympatyków Afryki ciepło pozdrawiam! Pamiętajcie, że też jesteście częścią misji – w każdej modlitwie za misje, w każdym darze.
Natalia Brosławska MŚ SMA
